Szczerość

6.6K 187 107
                                    

Siedziałam w kuchni i kończyłam właśnie robić śniadanie dla nas wszystkich. Chłopcy wrócili wczoraj bardzo późno, więc stwierdziłam, że zrobię dla nich miły gest. Domyślałam się, że nawet nie będą mieli siły na robienie śniadania. I nie myliłam się, ponieważ była 6.40, a ich nadal nie było na dole. Miałam nadzieję, że zaraz wstaną, ponieważ o 7.30 musieliśmy wychodzić z domu. Nie byłam wybitnym kucharzem, więc poszłam trochę na łatwiznę. Zrobiłam śniadanie, które bardzo często robiła nam moja mama, gdy byliśmy mali. Przygotowałam torrijas - słodkie hiszpańskie tosty. Nie potrzebowałam przepisu, ponieważ zawsze obserwowałam moją mamę, gdy je robiła, a gdy trochę podrosłam, to pomagałam jej w tym. W tle puściłam sobie moje ulubione hiszpańskie piosenki. W Londynie rzadko, kiedy spotykałam się z czymś, co było związane z Hiszpanią, dlatego stwierdziłam, że poranek będzie wyglądał tak, jak za dawnych czasów.

Układałam na stole, wszystkie talerze, a akurat z telewizora, którego puszczałam piosenki, zaczęło lecieć Mi Gente. Sięgnęłam po pilot i zaczęłam podgłaśniać muzykę. Nie obchodziło mnie to za bardzo, że mogę w ten sposób obudzić moich domowników, bo i tak powinni już wstawać. Uwielbiałam tą piosenkę, była bardzo rytmiczna, przez co mój humor od razu stał się lepszy. Ten poranek zapowiadał się dobrze. Poruszałam się w rytm piosenki, gdy przenosiłam z kuchni wszystkie potrzebne rzeczy do jadalni. Ustawiałam właśnie ostatni kubek, gdy usłyszałam, że piosenka zaczęła grać coraz głośniej. Zdziwiona odwróciłam się w stronę telewizora.

- Estamo rompiendo la discoteca - Thomas z uśmiechem na twarzy zaczął śpiewać tekst piosenki. Jego Hiszpański nie był wyśmienity, ale brzmiało to dość dobrze.

- La fiesta no para, apenas comineza - bardziej powiedziałam niż zaśpiewałam, gdy wskazał na mnie, dając znak, że teraz moja kolej.

Nie miałam z tym dużego problemu. Potrafiłam udawać, że nie śpiewam dobrze. Nadal nie chciałam, żeby ktoś wiedział, że umiem śpiewać. Była to moja prywatna rzecz i nie chciałam się tym na razie dzielić. Jednak nie puściłam tej piosenki, żeby wypuścić z siebie jakieś emocje. Nie była to piosenka, która jakoś mocno do mnie trafiała. Została puszczona tak po prostu, żeby mój poranek był przyjemny. Poza tym w tej piosence można było bardziej mówić tekst, niż go śpiewać. Zastanawiałam się nie raz, czy kiedyś uda mi się przełamać i śpiewać, bez żadnych wyrzutów. Chciałabym, żeby tak było, ale na razie nie była gotowa. Jednak, nie chciałam przez to psuć sobie humoru i nie móc się bawić z innymi. Dlatego razem z Thomasem śpiewałam puszczoną przeze mnie piosenkę, jednak pilnowałam, żeby mój głos brzmiał okropnie.

- Co tu się dzieje ? - spytał nas Logan, który właśnie pojawił się w kuchni.

- Imprezujemy - powiedział wesoły Thomas. Z wielkim uśmiechem na twarzy spojrzałam na Logana, który również zaczął się uśmiechać. Jego przyjaciel podszedł do niego, zarzucił mu rękę na ramiona i zaczął wykrzykiwać tekst piosenki. Zaśmiałam się na ten widok.

- Dawaj Logan, wiem że znasz tekst - zaśmiał się Thomas. Blondyn przewrócił oczami, ale zaczął śpiewać.

Tylko ja i Bruno byliśmy w 100% Hiszpanami. Bez problemu potrafiliśmy posługiwać się językiem Hiszpańskim. Thomas był Amerykaninem, a Logan Anglikiem. Z jakiegoś powodu mieszkali w Hiszpanii, gdy się poznaliśmy. Gdy byliśmy mali to rozmawialiśmy po angielsku. Z początku było trochę ciężko, jednak z czasem nasza rozmowa odbywała się bez żadnych przeszkód. Mama od zawsze chciała, żebym razem z Bruno umiała inne języki, dlatego uczyła nas angielskiego od najmłodszych lat. Zawsze na to narzekałam, jednak gdy poznałam chłopaków to dziękowałam jej, że uczyła mnie innego języka. Z głośników zaczęła lecieć teraz piosenka Imitadora. Nie opierałam się, gdy Thomas zaproponował mi taniec. Położył on ręce na mojej tali, a ja swoje na jego karku. Oboje nie byliśmy dobrymi tancerzami, więc ciągle myliliśmy kroki. Logan śmiał się z naszych ruchów. Thomas w pewnym momencie zrobił mną obrót, przez co prawie się wywróciłam. Uwielbiałam go. Od zawsze był tym typem człowieka, który widząc, że jest ci źle, zacznie cię rozmieszać. Odkąd pamiętam był optymistą. Można było powiedzieć, że patrzył na świat przez różowe okulary. We wszystkim widział coś dobrego. W każdej sytuacji, miał jakieś żarty, które rozśmieszały wszystkich dookoła. Definitywnie był też największym idiotą z nasz wszystkich. Gdy w głowie pojawiał mu się głupi pomysł, to od razu chciał go zrealizować i za to go kochałam. Był cudownym człowiekiem. Czasami mu zazdrościłam tego, że zawsze był taki radosny. Nie bał się pogrążyć. Miał gdzieś co ludzie o nim pomyślą. Robił to na co miał ochotę. Cieszyłam się, że miałam takiego przyjaciela.

It was always you - Cześć pierwszaOpowieści tętniące życiem. Odkryj je teraz