Rozdział I

2.4K 115 46
                                    

Troy

Zamieszanie w Rezydencji Torrance stało się już rutyną, do której przywykłem, kiedy to przejąłem obowiązki brata. Zostałem mianowany jako capo bastone – czyli podszef głównego szefa mafii. Powoli mnie do wykańczało; musiałem zajmować się hakowaniem, zabójstwami, a na dodatek teraz też spełniałem się w roli zastępcy szefa mafii.

Ale obiecałem to Calebowi.

Minęły dwa lata, odkąd zapadł w śpiączkę. Prawdę mówiąc sam już nie wiem, czy mój brat żyje, czy lekarze trzymają w tajemnicy jego śmierć, tłumacząc nam wciąż, że leży w śpiączce. Rana postrzałowa była poważna – uszkodziła ważne narządy. Poza tym, Caleb stracił wiele krwi. Leżał na tym zadupiu za magazynem długi czas, a kiedy jeden z ludzi go znalazł, od razu wezwano pogotowie.

Przez ten czas nie przestały też przychodzić listy od Eleanor.

Każdy z nich chowałem do szuflady brata, nie otwierałem ich. Z każdym miesiącem przychodziły coraz rzadziej. Nie widziałem się z nią od trzech lat. Nikt się z nią nie widział przez ten czas, bo było to zabronione. Giorgio dalej toczył z nami wojnę, co chwilę pozbawiając życia naszych żołnierzy.

Robiłem co mogłem, byleby wyeliminować tego skurwysyna. Tyle że chuj uciekał z kraju, ukrywając się przed nami. Miałem nadzieję, że w końcu go znajdziemy, a Elen wróci do nas.

Do Caleba.

Siedziałem nad kolejnymi papierami, mając z tyłu głowę kolejną przejażdżkę do Bostonu, gdzie obecnie znajdował się nasz towar narkotyków. Miałem odebrać go osobiście, aby sprawdzić, czy przypadkiem nikt nas nie zrobił w konia, tak jak ostatnim razem. Literki rozmazywały mi się przed oczami, gdy czytałem wszystkie te gówniane rzeczy, dotyczące nowych modeli broni. Musiałem koniecznie zając się właśnie tym, bo te obecne były coraz słabsze, w porównaniu do spluw i karabinów armii Villi.

Dookoła dokumentów, porozstawiane były filiżanki, które wcześniej wypełnione były po brzegi czarną kawą. Opróżniłem już wszystkie, ale domagałem się więcej i więcej. Nie mogłem tu zasnąć – do jutra musiałem dostarczyć papiery Organizacji, która jest gotowa w końcu dać nam jakieś sensowne wsparcie, a potem czekały już na mnie monitory w mojej pracowni.

I wylot do Bostonu.

Wychodząc z biura, natknąłem się na Melanie, która jak zwykle paradowała po całym domu, nie mogąc spać. Razem z ojcem przeznaczyliśmy dla niej jedną sypialnię, ponieważ kobieta spędzała tu całe dnie i noce, nie potrafiąc pogodzić się z odejściem naszej pani Torrance.

- Melanie, już późno... - zagadnąłem do gosposi, na co ta uniosła na mnie zaspane powieki. Jej długa koszula nocna, szurała po wypolerowanej podłodze, tak samo, jak jej kapcie.

- Miałam dziwny sen...

I w ten sposób, wylądowałem przy blacie kuchennym, popijając kieliszek wina, w bladym blasku księżyca i lampki, w towarzystwie Melanie.

Czerwona ciecz wypełniała połowę kieliszka. Trzymałem go za długą nóżkę, obracając co chwilę w dłoni. Już nie pamiętam, kiedy ostatnio piłem inne wino, poza czerwonym wytrwanym. Od kiedy Eleanor zażyczyła sobie tony tego alkoholu, nikt nie zamierzał wypełniać naszą spiżarnię innym winem. Caleb pomimo swojej nienawiści do tego alkoholu, pił go często. Upijał się nim przez jebany rok, po wyjeździe żony.

Nikt nie chciał zapomnieć tu o kobiecie, która wprowadziła do naszej rodziny coś, co nas ze sobą połączyło. Caleb po jej odejściu, nie umiał sobie poradzić ze sobą. Zatracał się w pracy i alkoholu. Rezydencja straciła życie, bo mój brat kolorował ją na czarno, przez swój ponury humor. Ale kiedy wylądował w szpitalu, a ja zająłem jego miejsce, robiłem wszystko, aby odbudować tę dawną atmosferę. Może i nie do końca to było możliwe – bo Elen dalej z nami nie było – natomiast zadbałem o ogród, który Hoover tak bardzo kochała. Znów było tu kolorowo i ładnie. Zarządziłem też dbanie o sypialnię Caleba – oraz jego żony – aby przypadkiem nie zarosła w brudzie.

- Co ci się śniło? – zapytałem gosposi, powoli usypiając w pozycji siedzącej.

Kobieta lekko uniosła kąciki ust, przenosząc spojrzenie w stronę schodów. Odetchnęła i zaczęła mówić:

- Śnił mi się pan Caleb – zaczęła, nie przestając się uśmiechać. – Wybudził się tak nagle ze śpiączki i wrócił do domu. Był jednak smutny, bo... - zacięła się na chwilę, a jej wesoły wyraz twarzy, zastąpił smutek -... bo Eleanor nie wróciła.

Na każde wspomnienie o bracie, robiło mi się jakoś dziwnie. Czułem się tak, jakby umarł. A przecież dalej leżał w szpitalu, podłączony do jakiś monitorów.

Kiedy byłem pewien, że Melanie zakończyła swój dialog, ta znów się odezwała.

- Obudziłam się przez nagły przeciąg w sypialni, a zaraz potem, usłyszałam też dziwne stukanie w sypialni na górze. Od razu sprawdziłam, co to takiego, a gdy dotarłam na drugie piętro, drzwi do sypialni pana brata, były otwarte. Weszłam do środka, zastając otwarte okna, przez które wdzierał się wiatr. I wie pan co? – zwróciła oczy ku mnie, znów podnosząc usta do góry. – Jakimś cudem blask księżyca, padał prosto na portret małego pana Caleba.

Nie wiedziałem, jak na to zareagować. Gapiłem się na staruszkę, totalnie zamyślony.

- Myślę, że to jakiś znak od pana Caleba – dopowiedziała Mel.

Zmarszczyłem brwi. Nie wierzyłem w takie rzeczy – duchy i inne bzdety, nie były dla mnie realnymi rzeczami.

Melanie pewnie nasłuchała się jakiś głupstw, a teraz sama w nie wierzy. Bo jak niby Caleb miałby do nas przemówić, za pomocą pierdolonego wiatru?

- Pójdę już. Jestem zmęczony – wstałem i odłożyłem brudny kieliszek do zlewu, chcąc jak najszybciej zakopać się pod kołdrą.

Szedłem w kierunku wyjścia, jednak głos gosposi sprawił, że stanąłem w miejscu, wryty w ziemię.

- To znak, że Caleb żyje. I niedługo wróci – przemówiła cicho, pozbawiając mnie na chwilę tym samym oddechu. – Tak myślę.

Właśnie w tej chwili, w holu rozległ się dzwoniący telefon stacjonarny. Niby nikt go już nie używał, ale nam był potrzebny. Tak kontaktowali się z nami osoby, które naszym zdaniem, nie powinny znać naszych numerów, czyli między innymi; ludzie z jakiś restauracji (chociaż istniały wyjątki), osoby wynajmujące nam różne miejsca, lekarze, styliści, szpitale...

Szpital.

Natychmiast podbiegłem do telefonu i przyłożyłem słuchawkę do ucha, słysząc bijące jak cholera swoje serce.

- Kto mówi? – spytałem drżącym głosem, czując na sobie spojrzenie Melanie.

- Mówi doktor Billy. Czy rozmawiam z Troy'em bądź Michaelem Torrance? – odezwała się osoba po drugiej stronie.

- Tak. Coś się stało?

- Pana brat właśnie wybudził się ze śpiączki.

No, kurwa, tego się nie spodziewałem.

Wymieniłem z doktorem jeszcze kilka zdań i odłożyłem słuchawkę, łapiąc się za głowę. Nie mogłem uwierzyć, że bo tych dwóch latach, znów będę mógł porozmawiać z moim bratem.

- Mówiłam, że się obudzi.

Za sobą usłyszałem radosny głos kobiety. Od razu do niej podszedłem i zamknąłem w uścisku.

Może jednak się myliłem? Może takie coś istnieje?

- Jesteś jasnowidzem, Melanie. I dostaniesz podwyżkę – powiedziałem podniesionym głosem, będąc szczęśliwy, jak nigdy dotąd.

Caleb niedługo do nas wróci.

A potem wróci tu Eleanor.

I zrobię wszystko, aby tak się stało.

♟️♟️♟️♟️♟️♟️♟️♟️♟️♟️♟️♟️♟️♟️♟️♟️

Jutro postaram się wrzucić drugi rozdział:)

THE KING - Mafia Life #2 || 18+Opowieści tętniące życiem. Odkryj je teraz