Rozdział II

2.6K 121 20
                                    

Caleb

Było ciemno. Cicho.

I tak spokojnie, jakbym znalazł się w jakieś pieprzonej radosnej krainie, pełnej jednorożców i waty cukrowej.

Przez małe okienko wdzierało się światło z ulicznych lamp. Z racji tego, że było lekko uchylone, do ciemnego pomieszczenia wlatywało chłodne powietrze. Na parapecie na zewnątrz, można było zauważyć biały śnieg, który wręcz wypalał moje zmęczone i dopiero co otworzone tęczówki, swoim blaskiem.

Leżałem chwilę nieruchomo, lustrując otoczenie. Moje oczy zarejestrowały w chuj monitorów, które dziwnie pikały. Do mojego ciała przyczepiono dziwne kable, które uniemożliwiały mi ruch. Na lewo znajdowało się wielkie okno, za którym znajdował się również opustoszały korytarz, rozjaśniony jakimś słabym światłem. Poruszyłem palcami – pierw jednym, a dopiero później następnymi.

Kurwa, to się działo naprawdę. Żyłem.

Głowa nie przestawała mnie palić – jakby ktoś przykładał mi ją do ognia. Czułem suchość w gardle, a na mostku odczuwałem dziwne kłucie. Przypominało ono, jakby w to miejsce, wkuwano mi jakąś wykurwistą igłę. Tyle że to było jeszcze gorsze uczucie – jakby ta igła została przekręcana w moim ciele, niczym klucz w zamku. Rozdzierała moją skórę i zadawała nieprzyjemny i nie do opisania ból.

Z tyłu głowy znów doszedł do mnie dźwięk jednego z urządzenia. Pikało coraz szybciej i głośniej, a do pomieszczenia wchodzili jacyś ludzie. Ubrani byli w białe stroje. Okrążyli mnie z każdej strony, robiąc dziwne rzeczy; jedna osoba zajęła się igłą, która zaraz znalazła się w mojej ręce. Druga zajęła się monitorami, trzecia jej towarzyszyła i coś zapisywała, a czwarta patrzyła.

Kiedy w środku nastała jasność, poznawałem miejsce, w którym się znajdowałem. Białe ściany, drzwi, meble. Wielkie łóżko, kable, monitory. Mała krata w tym niewielkim oknie, bandaże owinięte na moim nadgarstku.

Szpital. Byłem w szpitalu.

~♟️~

- Jeżeli mnie okłamujesz, zabiję cię.

Kiedy trzy dni temu magicznie wróciłem do świata żywych, wszystko dookoła mnie wydawało się nierealne. Nawet rozmowa z rodziną była inna. A już na pewno wtedy, gdy mój brat powiedział, że spałem tu dwa lata.

Kurwa, DWA LATA!

- Nie okłamuję cię, Caleb – łypnął Troy, bawiąc się jakimś breloczkiem w kształcie broni. Tata stał obok niego, nie wtrącając się między nas. – Pamiętasz chociaż, co się stało?

Prychnąłem pod nosem, mając dość ich nadopiekuńczości. Przyjechali tu wczoraj i od tamtej pory, zawracają mi wszystkim dupę. Na całe szczęście czułem się w miarę przyzwoicie, aby z nimi rozmawiać. Chociaż lekarze mówili, że jeszcze sobie tu pobędę.

Zajebiście.

- Nie prychaj idioto. Ja poważnie się pytam.

Wywróciłem oczami i w końcu wróciłem wspomnieniami do przeszłości.

Chwilę mi zajęło, kiedy przypomniałem sobie dzień, w którym to Giorgio Villa pojawił się znikąd za moim magazynem i do mnie strzelił. Potem już nic nie pamiętałem, bo podobno zapadłem w śpiączkę.

No a później przed moimi oczami, pojawiła się jej twarz.

- Eleanor... - wychrypiałem i spojrzałem na brata, siedzącego obok mojego łóżka szpitalnego.

- Co sobie przypomniałeś? – tym razem to ojciec się odezwał, prostując plecy.

- Pamiętam, kurwa, wszystko, dobra? Ślub, Villę, jej porwanie, naszą kłótnię. – Wymieniałem po kolei, dopóki nie wypowiedziałem ostatnich słów, które ledwo przeszły mi przez gardło. – I jej wyprowadzkę do Giovaniego.

THE KING - Mafia Life #2 || 18+Opowieści tętniące życiem. Odkryj je teraz