Rozdział V

2.1K 122 22
                                    

Caleb

Została godzina.

Godzina do powrotu Eleanor.

W głębi serca pragnąłem, aby ten dzień nadszedł jak najszybciej. Chciałem znów ją mieć przy sobie i ponownie zajrzeć w jej kocie oczy. Hipnotyzowały mnie do tego stopnia, że gdyby Hoover rozkazała mi podczas kontaktu wzrokowego walnąć się z Mount Everest, zrobiłbym to bez żadnego wahania.

Codziennie mi się śniła. Przed śpiączką i po. W głowie widziałem jej promienny uśmiech, najpiękniejsze na świecie brązowe włosy, których tak uwielbiałem dotykać. Były tak miękkie, że przypominały delikatne piórko. Jej lśniące tęczówki, pełne i słodkie usta... Już nie wspomnę o zapachu jej ciała, który drażnił moje nozdrza, jakby kobieta stała obok mnie i psikała się mocnymi perfumami bez końca.

A kiedy otwierałem oczy, sylwetka mojej ukochanej znikała. Zastępowała ją mroczna rzeczywistość, ciemność, z której nie da się już wydostać. Zdawała się pochłaniać mnie jak gąbka. Wypełniała każdy zakątek tego domu, napadając nas w nieoczekiwanych momentach.

I to trwało jebane trzy lata.

Eleanor była moim najskrytszym i najniebezpieczniejszym marzeniem. Pozwolenie jej na zawładnięcie moim sercem, było jak grzech. A ten grzech miał tak wspaniały smak, że zamierzałem go popełniać, dopóki ta kobieta będzie żyła. Istniało coś takiego, jak bariera, dystans czy przestrzeń osobista... Ja nie znałem tych rzeczy, gdy znajdowałem się obok niej. Łamałem zasady, okrążałem ją z każdej strony, sprawiałem, że chciała tylko mnie, a jak się to udało, cały świat przestał dla nas istnieć. Byliśmy tylko my. Twarz przy twarzy, usta przy ustach, ciało przy ciele.

Wcześniej wypełniona ludźmi rezydencja, zamieniła się w cichy domek. Każdy pochował się do swoich pokoi, czekając na odpowiednią godzinę. Ochroniarze, albo pojechali na lotnisko, albo zajmowali swoje stanowiska na zewnątrz. Gosposie zamknęły się w swoim prywatnym pokoju, aby nie krzątać się po domu i nie przeszkadzać. Sergio z Masonem zniknęli we wschodniej części, tłumacząc to wizytą u naszego „gościa", który czekał na śmierć. Był to jeden z ludzi Gorgia, który brał udział w porwaniu Elen. Mój brat natknął się na niego przypadkiem, kiedy to ten majstrował przy naszym magazynie. Sprawdził go i tu przywiózł, by odpowiednio go ukarać.

A jak wspominałem – czy też nie – każdy, kto śmiał skrzywdzić moją żonę, zapłaci za to karą śmierci. Bez, kurwa, wyjątku.

Michael i Vito zaś pogrążeni w rozmowie o Organizacji, uciekli do biura ojca. Ja za to przechadzałem się po holu. Nie mogłem nawet na chwilę usiąść – byłem zdesperowany i cholernie zestresowany. Cykanie zegara odbijało mi się o uszy, w których i tak mi już szumiało. Z walącym jak młot sercem tylko czekałem na to, aż usłyszę warkot samochodów.

Oblizałem suche usta, po raz setny zerkając na godzinę – powinni być tu za dziesięć minut.

Czułem, że zejdę na zawał. Powinienem zostawić tu Troy'a. Mój brat wiedział, jak najszybciej mnie uspokoić. Sergio jako mój ochroniarz i przyjaciel, też to wiedział, ale akurat teraz był na pogaduszkach z debilem od Villi.

Został jeszcze Chase.

Z Chase'm ostatnio rzadko się widywałem – miałem tyle obowiązków, że nawet nie miałem na to czasu, ale on i tak zawsze będzie moim przyjacielem. Nawet jeśli widujemy się raz w miesiącu wiem, że dalej jesteśmy dla siebie rodziną.

Wyciągnąłem z kieszeni telefon i wybrałem do niego numer. Trzymając komórkę w trzęsącej się dłoni, przysunąłem ją do ucha. Miałem nadzieję, że ten idiota odbierze, bo jak nie...

THE KING - Mafia Life #2 || 18+Opowieści tętniące życiem. Odkryj je teraz