Rozdział XIV

2.1K 110 11
                                    

Eleanor

- Kiedy to znalazłaś?

Dwa dni temu po spotkaniu z Organizacją i rozmową z Calebem, podczas gdy szykowałam się do spania, natknęłam się na liścik, który jakimś cudem przyczepił mi się do kombinezonu. Nie zauważyłam go od razu – kurtyna moich długich włosów go idealnie zasłaniała, więc dopiero gdy pozbyłam się tej części garderoby, dostrzegłam list.

Od Giorgia, naturalnie.

Byłam jednak zbytnio wszystkim przytłoczona, by cokolwiek komu powiedzieć. A mianowicie tym zasranym wyborem, między moim mężem, a Giovanim. Miałam cholerny mętlik w głowie, a Villa tylko wszystko pogarszał. Z jednej strony wybór był oczywisty, bo to Caleba stawiałam ponad wszystko, tyle że nie chciałam tracić wszelkiego kontaktu z Francesco. Bo jakbym miała zapomnieć o mężczyźnie, który rozjaśniał przez trzy lata moje szare dni i starał się ze wszystkich sił mi pomóc?

Dzisiaj jednak postanowiłam poinformować o wszystkim moją rodzinę. Miałam serdecznie już dość zagrywek tego pajaca, ciągłego zastraszania i jego popierdolonego IQ na poziomie dzieciaka.

Opadłam na oparcie krzesła, unikając ciekawskich spojrzeń mojego męża i jego brata, którzy ślęczyli nade mną, jak sępy. Michael analizował moje słowa po kolei, podziwiając szalejący na zewnątrz wiatr, który rozwiewał krople deszczu, powodując, że te stukały głośno w szyby.

- Po spotkaniu z Organizacją. Wcześniej jej nie zauważyłam – bawiłam się karteczką, co jakiś czas czytając jej treść – dopiero kiedy pozbyłam się kombinezonu ją zauważyłam.

Rzuciłam liścik na stół, śledząc ostatni raz literki na nim.

Jestem wszędzie, moja Księżniczko.

- I nie powiedziałaś o tym wcześniej? – wtrącił Troy, poprawiając swoje potargane włosy. – El, to poważna sprawa...

- Daj jej spokój, Troy. – Michael skarcił syna ostrym spojrzeniem, podchodząc do stołu. – Musimy działać, Calebie i nie zwracać uwagi na szkody. Ten drań jak najszybciej musi zginąć, inaczej nigdy nie da Eleanor spokoju.

- Problem tkwi w tym, tato, że aktualnie jesteśmy w dupie – powiedział szatyn, prostując plecy. – Poczekamy jeszcze chwilę, dopiero wtedy go dopadniemy.

- A co, jeśli znów wpadnie na jakiś durny pomysł i porwie Elen? – ciągnął Troy.

- Nikt nikogo nie porwie – zapewnił Caleb, celując w brata palcem.

- A może powinnam wrócić do Hiszpanii?

Wszystkie trzy pary oczu skupiły się na mnie, a w pomieszczeniu zapadła cisza. Przełknęłam ciężko ślinę, karcąc się w myślach za taką głupią odzywkę...

W pewnej chwili krzesło po stronie mojego męża runęło z hukiem na podłogę, a głośny dźwięk odbijał się echem od ścian. Szatyn z miną seryjnego mordercy pokonał dzielącą nas odległość, by po sekundzie nachylić się nade mną i szepnąć:

- Nigdzie się stąd, kurwa, nie ruszysz.

A potem odszedł, trzaskając drzwiami wyjściowymi.

Spojrzałam się na Troy'a, który tylko wzruszył ramionami, pożerając kolejny kawałek ciasta, które tego dnia upiekła dla nas Isabella. Okruchów było od cholery, aż odechciało mi się tu siedzieć. Miałam natomiast prośbę do swojego teścia, o którą nie mogłam poprosić Caleba, gdyż najprawdopodobniej skończyłabym na cmentarzu.

No może nie na cmentarzu...

~♟️~


THE KING - Mafia Life #2 || 18+Opowieści tętniące życiem. Odkryj je teraz