Rozdział XV

2.4K 116 17
                                    

Caleb

Wszystko co do tej pory zbudowałem, było moim imperium. Nie sypiałem w nocy, olewałem rodzinę i skupiałem się wyłącznie na interesach, by pewnego dnia stanąć na samym szczycie i podziwiać to, co stworzyłem. A stworzyłem najpotężniejszą mafię na całym kontynencie i armię ludzi, którzy są gotowi oddać za mnie życie. Nie zliczę ile forsy na to przeznaczyłem, bo szczerze mówiąc, nawet nie odczułem jej straty. Rodzina i biznes były dla mnie wszystkim. Przez tyle lat dążyłem do swojego perfekcjonizmu, aż w końcu się nim stałem. Jednak zapomniałem o najważniejszej rzeczy – o miłości.

Miłość do rodziny, była całkiem innym odczuciem w porównaniu do tej, jaką darzyłem Eleanor. Spieprzyłem wiele razy, ale przez to jeszcze bardziej doceniłem jej pojawienie się w moim życiu. Była osobą, w której znajdowałem ukojenie. Osobą, przed którą nie musiałem być perfekcyjny, bo ona sama taka nie była, choć nieraz zakładała maskę idealnej kobiety, skrywając swoje wewnętrzne demony. A kiedy ją odsłaniała, widziałem w niej kobietę, która każdego dnia walczyła o przetrwanie w rodzinie pełnej morderców i kryminalistów, wyobrażając sobie inne – bardziej normalne – życie. I chociaż z pozoru wyglądała na idealną dziewczynkę, zadbaną i ułożoną żonę, odważną i pewną siebie córkę bostońskiego potwora, ja mogłem poznać jej drugą twarz, gdzie była zagubioną owieczką w świecie wilków.

Bo ona sama odsłoniła przede mną swoje prawdziwe oblicze.

Teraz to wszystko, co do tej pory miałem, miał zniszczyć ten jebany Włoch, pojawiając się znikąd i grożąc mojej kobiecie. Każdy myślał, że po wybudzeniu się ze śpiączki po trzech latach, osłabi mnie i nie będę mógł godnie walczyć o swoje imperium. Ale oni nie wiedzieli, że wybudziłem się silniejszy, obudziłem się jako bestia, która nie spocznie, dopóki jej wróg nie zniknie.

Tyle że nie wiedziałem, że istnieje kolejny haczyk, który sprowadził nas wszystkich na złą drogę.

Dźwięk dzwoniącego telefonu, wyrwał mnie z mojego trzygodzinnego snu. Zlewał się z ulewą trwającą za oknami, wdzierając się do moich uszu. Zignorowałem pierwsze połączenie i odkręciłem się na drugi bok, próbując ponownie zasnąć.

Ale to gówno znów zabrzęczało.

- Kurwa.

Rozmasowałem bolący kark i podniosłem się do siadu, odnajdując dzwoniący telefon na szafce nocnej. Marcello zawsze dzwonił w najmniej korzystnych momentach, a ten należał do jednej z nich. Cały dzień spędziłem na ściganiu terrorystów Giorgia, którzy wysadzili w powietrze kasyno mojego ojca, pozbawiając życia trzydziestu ludzi. Złapałem każdego bez wyjątku, zawiozłem do magazynu, gdzie poddawani są torturom.

I tak pewnie większość z nich już zdechła.

Sypialnia była pogrążona w ciemności, jedynie jasny ekran mojego smartfona, nadawał jakiejś jasności. W ostatniej chwili przeciągnąłem zieloną słuchawkę, włączając tryb głośnomówiący.

- Marcello, masz wpierdol – warknąłem zaspany, opadając na miękkie poduszki. Zmęczenie dotarło już do każdego zakątka mojego ciała, przez co czułem się jak umierający na łóżku szpitalnym dziadek.

- Dzwonię po raz setny z pilną sprawą, a szef od razu chce mnie bić... - wybełkotał mężczyzna. – Myślę, że koniec z drzemką na dziś, panie Torrance.

Przymknąłem oczy, a między nami zapadła cisza. Poderwałem się do góry, przypominając sobie, że Marcello był odpowiedzialny za bardzo ważną osobę.

- Gadaj, Marcello – rozkazałem, będąc już gotowym do opuszczenia wygodnego łóżka.

- Pamięta szef, jak rozkazał znalezienie Rity i sprowadzenie jej do Nowego Jorku? – zrobił pauzę, a mi aż włoski na ciele stanęły dęba. – To czekoladowe piździsko jest zamknięte w lochu w magazynie.

THE KING - Mafia Life #2 || 18+Opowieści tętniące życiem. Odkryj je teraz