XXII. Święta w Bloomfield

4.4K 492 129
                                    

W dzień urodzin mojej mamy wszyscy obudziliśmy ją głośnym śpiewaniem "sto lat". Tata, który nie potrafił piec, jak co roku upiekł dla niej tort, na którym ustawił czterdzieści świeczek. Zdmuchnęła je jak tylko skończyliśmy śpiewać.

Jako dziecko zawsze zazdrościłam jej urodzin dwudziestego trzeciego grudnia i to tylko z powodu prezentów. Chociaż z biegiem lat zaczęliśmy kupować jej coś symbolicznego, coś co będzie jej o nas przypominać. Często były to też przedmioty ręcznie robione. Ja uwielbiałam rysować, więc mama zdążyła zgromadzić całe pudło moich lepszych i gorszych obrazków.

Tym razem wszyscy postawiliśmy na pierścionek. Nie za bardzo rozumiałam dlaczego tata zdecydował się na właśnie taki wzór, nie powiedział nam co oznacza, ale mama płakała – ze szczęścia oczywiście.

To była bardzo prosta złota obrączka i żółty, owalny kamień, którego nie rozpoznawałam. Po obu stronach kamienia widniały złote liście, albo skrzydła, nie potrafiłam do końca rozgryźć co to jest, a tata nie chciał tego zdradzić. Ten kamień musiał być bardzo wyjątkowy skoro budził w mamie tak silne emocje.

Tego samego dnia urządziliśmy sobie małe spotkanie rodzinne. Przyjechała ciocia Mallory z wujkiem Noelem i swoimi synami, wujek Jimmy z żoną i ciocia Charlotte z wujkiem Chesterem.

Jak co roku spędziliśmy naprawdę miłe chwile w rodzinnym gronie, a Wayne wyglądał jakby się w tym odnajdywał. Widok jego oczu błyszczących szczęściem sprawiał, że moje serce rosło i biło w zawrotnym tempie.

Mama musiała to zauważyć, bo po jakimś czasie wyciągnęła mnie do kuchni pod jakimś pierwszym lepszym pretekstem.

– O co chodzi? Z czym mam ci pomóc? – zapytałam rozglądając się po kuchni.

– Co jest między tobą, a Waynem? – zapytała prosto, przyciszonym głosem.

– Co? – Otworzyłam szerzej oczy i potrząsnęłam głową. – Przecież wiesz, że tylko udajemy.

– Bardzo wiarygodnie, tak swoją drogą – stwierdziła kąśliwie.

– O co chodzi, mamo? Między mną, a Waynem niczego nie ma. – Wiedziałam, że kłamię, bo z mojej strony to było coś więcej niż tylko układ. Wiedziałam to, ale nie chciałam tego przyznać na głos.

– Widzę jak na niego patrzysz, promyczku. – Pokręciła głową z lekkim uśmiechem. – Nie czujesz motyli w brzuchu, albo szybszego bicia serca, gdy jest blisko ciebie?

– Mamo błagam, to jest bardziej skomplikowane niż myślisz. My tylko udajemy, tak? Poza tym...nawet jeśli ja chciałabym kiedyś czegoś więcej, to jemu zależy tylko na zemście. Sam mi o tym przypomniał, chodzi tylko o zemstę na Travisie. Nic więcej.

– Tutaj nie chodzi tylko o zemstę, Penelope. Jestem twoją matką, trochę już przeżyłam, a to napięcie między wami jest wręcz namacalne. Nie widzisz tego jak on na ciebie patrzy?

– Tak jak zawsze, patrzy tak na mnie od zawsze.

– Po prostu porozmawiajcie kochanie, nie uciekaj od swoich uczuć i nie zwlekaj z rozmową. Czasami może być już za późno. – Uśmiechnęła się smutno i odleciała, zupełnie jakby rzuciła się w otchłań wspomnień.

– Co masz na myśli? – zapytałam zaciekawiona.

Mama westchnęła tęsknie, a przez jej oczy przemknął ból.

– Pamiętasz moich przyjaciół, którzy zginęli w wypadku?

– Tak, rzadko o nich rozmawiasz.

– A więc mój przyjaciel...Arien był po uszy zakochany w naszej przyjaciółce Melody. Nigdy nie miał odwagi jej o tym powiedzieć i nigdy tego nie zrobił, a później zginęli. – Mama uśmiechnęła się smutno i przetarła policzek, po którym potoczyła się samotna łza. Od razu podeszłam do niej i ją przytuliłam. – Po prostu nigdy nie czekaj do ostatniej chwili, promyczku. Jeśli będziesz pewna swoich uczuć to porozmawiaj z nim o tym, jeśli nie będą one odwzajemnione to trudno, poznasz kogoś innego, kto pokocha cię całym sercem. Nie zawsze musimy być z jedną osobą całe życie, twoja pierwsza miłość nie musi oznaczać ostatniej.

Mój Przypadkowy Hokeista [16+] ZAKOŃCZONEOpowieści tętniące życiem. Odkryj je teraz