XXIV. Dramatu początek

4.8K 433 88
                                    

2 miesiące później

Nasze życie po sylwestrze diametralnie się zmieniło.

Nie pamiętałam kiedy ostatni raz byłam tak szczęśliwa jak w tamtym okresie. Wszystko układało się idealnie, ja i Wayne dogadywaliśmy się perfekcyjnie; dużo rozmawialiśmy, chodziliśmy na randki i tak w zasadzie to praktycznie u niego zamieszkałam.

To znaczy, nigdy nie zostawiłabym Nesty samej w naszym mieszkaniu; to była nasza wspólna bezpieczna przystań. Jednak z każdym mijającym tygodniem nocowałam u chłopaka coraz częściej.

Trochę ze względu na to, że z pracy miałam bliżej do niego niż do siebie, a trochę przez to, że nie nie potrafiliśmy się od siebie odkleić.

– Dzień dobry, moja słodka. – Wayne uśmiechnął się do mnie, gdy tylko rozchyliłam powieki.

– Obserwujesz mnie, gdy śpię? To nienormalne. – Zaśmiałam się i schowałam twarz w dłoniach, gdy na policzki wpłynęły rumieńce.

– Jesteś tak piękna, że grzechem byłoby cię nie podziwiać.

– Och przestań – jęknęłam i przewróciłam się na drugi bok, tyłem do niego.

– Nigdy, aż do śmierci będę ci mówił jaka jesteś piękna, roszpunko – odparł zadowolony i przekręcił mnie na plecy, żeby zaraz później zawisnąć nade mną.

Wayne pochylił się w stronę mojej twarzy, a następnie złożył delikatne pocałunki na moich policzkach, nosie, kończąc na ustach.

– Wszystkiego najlepszego, Penelope – mruknął w moje usta, a ja zaskoczona otworzyłam szeroko oczy.

– Dzisiaj jest czternasty? – zapytałam zaskoczona i natychmiast podniosłam się do siadu. To niemożliwe, że zapomniałam o własnych urodzinach.

Sięgnęłam po swój telefon i pierwsze co zobaczyłam to kilka nieodebranych połączeń od rodziców i wiadomość od Nesty. Zerknęłam na datę i faktycznie, to dzisiaj przypadał dzień moich urodzin.

Cieszyłam się, że ten dzień nie był również dniem śmierci mojej biologicznej mamy. To byłoby dziwne, gdybym świętowała w dzień jej śmierci. W zasadzie gdyby wypadek nie zdarzył się późnym wieczorem to tak by było, ale Jasmine zmarła trzynastego lutego, a ja urodziłam się kilka minut po północy, czternastego lutego.

– Lecę pod prysznic, a ty do nich zadzwoń. Później jesteś cała moja. – Pocałował mnie w policzek i wstał z łóżka.

– Co masz na myśli? – Zmarszczyłam brwi, obserwując jak krząta się po swoim pokoju.

– To, że mamy na dzisiaj plany. – Mrugnął do mnie i zniknął za drzwiami łazienki.

Przez chwilę zastanawiałam się co mógł wymyślić. Patrząc na to, że to hokeista, który kocha jeść to zapewne najpierw wylądujemy w jakiejś knajpce, ale co później?

To pozostawało pod wielkim znakiem zapytania.

Jednak na ten moment musiałam porzucić rozmyślania o niespodziance, jaką przygotował dla mnie Wayne.

Pora porozmawiać z rodzicami.

***

Tak jak się spodziewałam Wayne zabrał mnie najpierw do restauracji, która oferowała jedne z najlepszych śniadań jakie jadłam w ciągu całego swojego życia.

Starsza pani, która była właścicielką całego lokalu okazała się przyjaciółką dziadka Wayne'a. Udało mi się poznać ją osobiście, bo zdecydowała się sama nas obsłużyć i złożyła mi życzenia czego w ogóle się nie spodziewałam.

Mój Przypadkowy Hokeista [16+] ZAKOŃCZONEOpowieści tętniące życiem. Odkryj je teraz