Rozdział dwudziesty

40.8K 1.6K 246
                                        

5/5

Rachel

Chodnik, rzecz fascynująca. Dotykają go miliony ludzi na minutę, zostawiając swoje zarazki butowe. Czasem trafi się jeszcze na kawałek jakiegoś jedzenia, zurzytą gumę czy też papierek po chipsach bądź batonikach. Chodniki spotkasz wszędzie, a chodnikiem, takim brukowym, arizońskim chodnikiem przemierzała Rachel Shelley, czyli ja.

Ta, odbiło mi.

To wina tego pieprzonego, Blaise'a White'a!

- No i mówię ci! Powiedział, że się kochaliśmy i sie normalnie na mnie rzucił! Całowaliśmy się, a ten zaczął dotykać mnie w miejscach, których w życiu nie powinien nawet widzieć, ale odepchnełam go - powiedziałam, zerkając na Charlotte, która rozbawiona słuchała całej sytuacji z dzisiejszego ranka. - Z czego się tak śmiejszesz? To poważna zbrodnia - zbulwersowałam się, posyłając jej pytające spojrzenie.

- Po prostu to zabawne. Oboje boicie się przyznać przed sobą do swoich uczuć. To takie dziecinne - mruknęła, uśmiechając się i niespodziewanie się zatrzymując.

Zmroziłam ją wzrokiem, o mało co na nią nie wpadając.

- Chodźmy do kawiarni. Potrzebuje mocnej kawy - stwierdziła blondynka, na co ochoczo jej przytaknęłam.

Po chwili przekroczyliśmy progu przytulnej kawiarenki i podeszliśmy do lady.

- Dzień dobry, poprosiłybyśmy dwie kawy specjały dnia i dwa kawałki szarlotki - zamówiłam, uprzejmie uśmiechając się do starszej pani.

- Już podaje, kochaniutkie. Te co zawsze? - skierowała te pytanie do Lottie. Zdeozorientowana spojrzałam na nią, doszukując się jakiś wyjaśnień.

- Tak, Olivio - przytaknąła, kładąc na lądzie banknot dzieśęciodolarowy. Odepchneła się rękami od lady i skierowała się malutkiego stoliczka w rogu pokoju, gdzie nie było aż tak dużego tłoku. - Często tu przychodzimy z Cole'em. Dlatego się znamy - sprostowała.

Pokiwałam lekko głową, rozumiejąc sytuację.

- To mów, jak się czujesz z tym co zrobił Blaise? - zapytała, siorbiąc po cichutku swoją kawę, która została nam chwilę temu dostarczona przez przystojnego blondyna.

- Nijak - mruknęłam, zatapiając usta w ciepłym napoju. - Znaczy wiesz, jestem zdeozorientowana, wściekła, ale i szczęśliwa. Nadal coś czuję do Blaise'a, czego strasznie się obawiam. Chciałabym, aby Colin miał pełną rodzinę, ale nie jestem pewna czy aby Blaise by tego chciał i czy wogóle dałby radę. Wiesz jaki jest - wyjaśniłam, przykładając dłonie do kubka.

- Tak, zauważyłam - poparła mnie Charlotte, uśmiechając się pokrzepiająco. - Ale zobaczysz, wszystko się ułoży - powiedziała, klepiąc mnie lekko po dłoni.

***

- Zjeżdżalnia! - pisnął Colin, wyrywając swoją rączkę i biegnąc w kierunku placu zabaw. Westchnęłam, drapiąc za uchem czworonoga, który jako jedyny mi pozostał

- To co, Codde? Mały spacerek? - mruknęłam, widząc jak Lottie świetnie zabawia maluchów. - Lottie, biorę Coddiego na spacerek, okey? - krzyknęłam, na co blondynka pokazała mi kciuk w górę. Przewróciłam oczami, uśmiechając się lekko i zaczynając truchtać wraz ze spanielem u nogi.

Był bardzo wytrzymały – stwierdziłam, po dwudziestu minutach truchtu, kiedy ja siedziałam na ławce, wyglądając przy tym jak spocona świnia, która przebiegła co najmniej osiem kilometrów. Za to dwuroczny piesek, merdał radośnie ogonem, szczekając na wszystko co się rusza i co chwilę, wyrywając się ze smyczy.

Mom, do you love daddy?Opowieści tętniące życiem. Odkryj je teraz