Rozdział I

1.2K 54 33
                                    


Cześć~! 

Witam Was w pierwszym rozdziale przygód Kayli rozgrywających się w San Diego.

 Mam nadzieję, że zostaniecie na dłużej <3 

Pierwszy rozdział trochę smętny, ale nie poddawajcie się! Humoru potem nie zabraknie.

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~


Każdego dnia przechodząc ulicami mijałam setki ludzi. Śpieszyli się podążając ku swojemu celu, który ja ostatnio straciłam. Zazdrościłam im tego, gdyż też chciałam wiedzieć, dokąd zmierzam, mieć pragnienia, czy zachcianki. Niestety nie pamiętałam już czasów, gdy ze szczerym uśmiechem biegłam żeby się z kimś zobaczyć czy nawet wyczekiwałam czegokolwiek. Całe moje życie straciło sens, wszystkie barwy wyblakły, a ja czułam jakbym żyła w karuzeli szarości powracającej zawsze do tego samego punku – samotności.

Dość ciekawa ze mnie nastolatka, prawda? Kiedy byłam dzieckiem, myślałam, że kończąc siedemnaście lat, będę najszczęśliwszą dziewczyną na świecie. Szkoda, że tak bardzo się pomyliłam.

Kiedy obudziłam się z samego rana, spojrzałam zaspana na kalendarz, widząc datę trzeciego lipca, westchnęłam, przewracając się na drugi bok. Pomimo braku chęci wstałam, opuszczając kalendarz przodem do blatu biurka. Nie liczyłam na życzenia tego dnia – I tak na pewno nikt z rodziny nie pamiętał.

Schodząc do kuchni po śniadanie, minął mnie przebiegający mały skrzacik, a raczej mój młodszy brat Marc, który leciał z talerzem tostów do swojego pokoju. Zaskoczyła mnie jego obecność, gdyż zazwyczaj mijaliśmy się, gdy zamykał mi drzwi przed nosem do swojego pokoju. Mało wychodził, od kiedy rodzice kupili mu nowy komputer, więc czułam się w sumie jak jedynaczka. Kto by jednak pomyślał, że kiedyś była nas trójka...

– Kayla pośpiesz się, bo nic nie zostanie jak będziesz tyle czekać na zaproszenie do stołu – pośpieszyła mnie mama, kończąc już śniadanie.

– Nie szkodzi, nie jestem głodna – odparłam, biorąc sok z lodówki.

– Ty nigdy nie jesteś głodna, nie to co twój brat, popatrz, jak dużo zaniósł do swojej jaskini – zaśmiała się blondynka, po której odziedziczyłam kolor włosów.

­­­­­­– Masz tutaj tosty, a ja biegnę do pracy. Mam dzisiaj nocny dyżur, tata wróci w nocy, więc musicie sami dać sobie radę – dodała, podsuwając mi talerz.

– W porządku... – westchnęłam z minimalną nadzieją na, chociaż powiedzenie „najlepszego", jednak szybko ta myśl, jak i obecność mamy w domu zniknęła.

Jedząc drugiego tosta, sprawdziłam wiadomości na telefonie, gdzie czekały już życzenia od znajomych ze szkoły. Przypomnienie na mediach społecznościowych o takich rzeczach nie jest złe, ale szkoda, że normalnie nikt by nie pamiętał. Dla mnie były to po prostu puste słowa, które ktoś napisał z grzeczności — Nigdy mnie nie cieszyły.

Z transu przeglądania profilu obudził mnie dzwonek telefonu, którego o mało nie upuściłam z zaskoczenia.

– Jak się czuje solenizantka? – zapytał donośny głos po drugiej stronie. – Najlepszego Kayla!

– Jesteś kochana Bell, masz dzisiaj czas?

– Jasne, szykuje się imprezka?

– Nie sądzę, tata wraca wieczorem, więc nie zdążymy.

– To co powiesz na wypad nad jezioro? Zaprosi się parę osób i na pewno ci się spodoba – zaproponowała głosem mówiącym, że już i tak podzwoniła po wszystkich.

– W takim razie załatwię resztę, a my widzimy się po południu – dodała uradowana.

Kiedy usłyszałam zakończenie połączenia, uśmiech zszedł z mojej twarzy. Chociaż nie wiem, czy nawet mogłam tym go nazwać. Z jednej strony impreza była czymś, czego bardzo chciałam, ale wiedziałam, że moje urodziny to pretekst, by po prostu się zabawić – zawsze tak było. Bell to typowa imprezowiczka, na której popularności wybiłam się w szkole. Gdyby nie ona to byłabym dawno przypisana do grupki kujonów czy wyrzutków. Teraz za to, jestem całkiem popularna. Tylko że za jaką cenę... nawet nie mogłam być sobą.

Nie chcąc dłużej się nad tym rozwodzić, szybko przebrałam się w sportowe ubrania i zbiegając po schodach, wyszłam przed blok. Przed laty nie cierpiałam tej okolicy, a już najbardziej tych schodów. Mieszkanie na szóstym piętrze miało swoje zalety, jednak naliczyłabym więcej wad, a już szczególnie wchodzenia tam kilka razy dziennie. Nie raz w lecie byłam tak zdyszana po wejściu na górę, że musiałam iść się położyć przez zawroty głowy. Teraz na szczęście nie mam już tych kilogramów, co kiedyś, więc nie narzekam tak bardzo. Od dwóch lat zaczęłam też regularnie ćwiczyć, by nie wrócić więcej do tamtej wagi. Wystarczało mi czternaście lat bycia ośmieszaną. Nie chciałam przeżywać tego więcej.

Zakładając słuchawki, spojrzałam na blok naprzeciwko, z którego wychodził chłopak z mojej szkoły.

– Ethan – pomyślałam, śledząc wzrokiem jego sylwetkę znikającą za rogiem budynku.

W przeszłości dość dobrze się znaliśmy. Chodziliśmy do tego samego przedszkola i nie raz źle skręcał po zajęciach, kończąc u mnie w domu. Od paru lat nie mieliśmy jednak ze sobą kontaktu, a raczej utraciliśmy go przez jego dziewczynę, która była zazdrosna o naszą znajomość — Tak, zgadza się, wybrał ją i przekreślił naszą przyjaźń. To był oficjalny powód, jednak istniał też ten drugi. Obydwoje za bardzo się zmieniliśmy, przestaliśmy siebie rozumieć i najprościej staliśmy się dla siebie obcy.

Dotąd pamiętam dzień, w którym zerwaliśmy kontakt. Przesiadywaliśmy wtedy w naszej ulubionej kawiarni u McWella na rogu ulicy. Kupił mi wtedy mój ulubiony truskawkowy koktajl, a sam delektował się waniliowym. Mogłam się już wtedy domyślić, że coś jest nie tak, gdyż napój nie zniknął w parę sekund, jak to zazwyczaj miał w zwyczaju. Zamiast tego Ethan wpatrzony w okno, ruszając nerwowo kolanem pod stołem, przez co czułam, jak cała drgam. Z uśmiechem na twarzy zapytałam go, czemu był tak zamyślony. Niestety od razu pożałowałam tego pytania.

– „Przepraszam Kayla, to nasze ostatnie spotkanie" – przypomniałam sobie jego słowa.

Gdybym tylko wtedy wiedziała, ugryzłabym się w język. Byłam w takim szoku, że gdy wychodził, nie pomyślałam nawet, by pobiec za nim. Trudno mi uwierzyć, że minęły już cztery lata od tamtego wydarzenia. Z tego, co dowiedziałam się potem, szybko zerwał z tamtą dziewczyną, ale nigdy nie poprosił o odnowienie kontaktu.

– Czy aż tak mu zawadzałam? Byłam taka okropna, że nie chciał mnie znać? – pomyślałam, przyśpieszając tempo biegu.

Mijając kolejną alejkę, wbiegłam do parku, gdzie zazwyczaj spędzałam czas. Tam zawsze towarzyszyła mi cisza i spokój, no może pomijając bawiące się dzieci przy placu zabaw. Za każdym razem, gdy udawałam się tam, by pobiegać, przyglądałam się ludziom, by odgadnąć, co czują. Ćwiczyłam tę zdolność już od dłuższego czasu. Nie chciałam znowu zostać zraniona, a raczej wolałam sama być tą niewzruszoną. Za dużo razy inni wpływali na mnie, łamiąc mi serce, doprowadzając do płaczu dla zabawy. Dlatego się zmieniłam z szarej myszki pomiatanej przez wszystkich w osobę, którą jestem teraz. Nie chciałam pozwolić, by historia się powtórzyła, żebym znowu cierpiała. Od tamtej pory przestałam okazywać prawdziwe uczucia, wolałam trzymać je głęboko w sercu, a sama zmieniłam się w lepszą wersję siebie. Może nie do końca prawdziwą, ale co mogłam zrobić, gdy "prawdziwa ja" została potraktowana jak śmieć.

~Już pierwszy rozdział za nami, pamiętajcie, że akcja dopiero się rozwinie ! 

 Zapraszam do dalszego czytania :) ~

Now or Never | ZAKOŃCZONEWhere stories live. Discover now